W szpitalu po raz trzeci


Tym razem wymiana Broviaca udała się zgodnie z planem. Pobyt w szpitalu był dłuższy niż mógłby być, ale to głównie dlatego, że wylądowaliśmy na oddziale w piątek wieczór. Zabieg przeprowadzono we
wtorek, a w środę popołudniu już byliśmy w domu.

Tak szybko jak w piątek wieczór chyba nigdy się nie zbieraliśmy 🙂 W pół godziny udało się nam spakować i ruszyć do Krakowa. Nerwów trochę było – inaczej być nie mogło, każdy byłby zdenerwowany,
gdyby nagle się okazało, że rurka prowadząca mieszaninę żywieniową prosto do serca twojego dziecka przecieka… I po kilkunastu sekundach opatrunek, którym chronione jest wejście cewnika do ciała –
jest zupełnie mokry. Brrrrr. Na szczęście udało się nam zachować zimną krew i bezpiecznie dojechać do szpitala – z przerwą na karmienie po drodze 🙂

Tym razem pobyt w szpitalu był bardzo spokojny, a nawet – nudny… Zupełnie inaczej wygląda pobyt z dzieckiem, które jest już bardziej „kumate”, a jego jedynym zajęciem nie jest już tylko spanie.
To zdecydowanie trudniejsze 🙂 Mama z łóżeczka obok zdążyła przez te cztery dni przeczytać chyba cztery książki, a ja wychodziłam z siebie, żeby zająć czymś Różę. Jak jeszcze w domu można ją
położyć na macie i obtoczyć zabawkami, które sobie trąca, a one grają, migają itp, tak w szpitalu jest z tym zdecydowanie gorzej. Czytanie, śpiewanie, tańczenie (taaaaaak), te kilka zabawek,
które mieliśmy ze sobą… Nuuuuuuda straszna. Na szczęście:)))))))

Sam zabieg trwał krótko – od momentu, gdy Róża zniknęła nam za drzwiami bloku operacyjnego, do telefonu, że się wybudziła i można ją odebrać minęło dokładnie 2h10min. Bardzo długie i ciężkie dwie
godziny, ale obiektywnie patrząc – poszło szybko. Zero komplikacji, rana goi się świetnie (nie to to ostatnio… ). Tylko jesteśmy teraz bardzo, bardzo ostrożni i czasami zapominamy, że cewnik jest
teraz na lewym, nie prawym ramieniu Róży. 

Przy okazji dłuższej wizyty na oddziale zmodyfikowano znów trochę dietę Róży. A właściwie – dano zielone światło na jej rozszerzanie już na całego. Po pierwsze – zupa do picia i drugie danie do
jedzenia, czyli osobno ziemniaki, mięso i warzywa (lekarze w szoku, jak pięknie Róża je łyżeczką). Po drugie, deserki – ryż z marchewką i owocami (czekamy na maliny!). Po trzecie – gluten! Doszło
do tego, że ostatnio jedliśmy niemal taki sam obiad wszyscy w trójkę 🙂

I po tej wizycie moglibyśmy w zasadzie trochę odpocząć, ale już jutro ruszamy w drogę na nowo. USG głowy i wizyta u okulisty – taki plan na koniec tygodnia.