Proszę pani, jest bardzo dobrze!


Za nami kolejna wyprawa do Krakowa. Dochodzimy do perfekcji – dzisiaj nareszcie udało się nam przygotować wszystko wcześniej. Gdy Róża się obudziła, trzeba było jedynie ją nakarmić i odpiąć od życiodajnego worka i w drogę. Szkoda, że z naszej trójki tylko dwoje lubi wycieczki samochodowe….

Najmniejsza i najważniejsza od czasów Greifswaldu jazdę samochodem ledwo toleruje. Przejechanie w spokoju kilku kilometrów jest co prawda możliwe, ale rzadko kiedy zasługujemy na taki luksus. Jednak dzisiaj Róża obudziła się – wbrew pozorom, bo nie należy do osóbek, które po przebudzeniu słodkim głosikiem wołają (lub wołać by mogły, gdyby umiały) „Mamusiu, obudziłam się!”… Spokojnie można zapomnieć również o słodkim głosiku…. – w doskonałym humorze, w związku z czym droga do Krakowa minęła nam szybko, miło, spokojnie i przyjemnie.

Czekanie na USG trochę trwało… Było trochę męczące, jak to w wielkiej szklarni pełnej ludzi bywa, gdy słońce ostro daje… Ale co tam. Dzieć został rozebrany łącznie ze skarpetkami, co by się nie przegotował (Róża nie była wyjątkiem, w przeciwieństwie do chłopczyka obok, który na swoją kolej czekał w body, bluzie, spodniach grubych, czapce i owinięty do tego polarowym kocykiem… Matka nie mogła dojść do tego, dlaczego tak strasznie płacze i nie chce jeść…. [musiałam, musiałam!!!]), rodzice udawali twardzieli, którym ukrop nie straszny, i tak przetrwaliśmy godzinę. Po czym wezwano nas na badanie, a tam… Oooo…. Żadne tam „nieszczęścia” czy inne… Na wejściu usłyszała Róża komplement, jak to pięknie wygląda i jak jest wystylizowana (noo, matka się postarała w końcu), nawet rodzicielka rykoszetem troszkę oberwała, i tak jakoś miło się zrobiło. Lekki stresik owszem był, ale cóż się okazało. „Jest ok”, psze pani, „jest bardzo dobrze!”. Co powinno w główce rosnąć, to rośnie, co powinno stać w miejscu, albo się zmniejszać – stoi lub się zmniejsza, wodogłowia nie ma, normalnie jest w porządku! (Rózinym porządku, oczywiście, bo choć cuda się zdarzają, to bez przesady. Małogłowie jak było, tak jest, choć główka rośnie i ma już 35,5 cm w obwodzie. Pomału dorasta do najmniejszych czapek 🙂 ). Do kontroli w lipcu i… tyle!

Cała cudowność tego dnia runęła jednak w drodze powrotnej, już kilka kilometrów za Krakowem. Głodny Rózinek to zły Rózinek (tak nietypowo), zatrzymaliśmy się więc w MC, co by zaspokoić wszystkie trzy głody. Mlekiem i sałatkami, oczywiście. Po lunchu ruszamy dalej… a tu – „helllllooooooo, proszę rodziców, przypomniało mi się, że fotelika samochodowego nie lubię i jazdy samochodem też nie, oduczyłam się usypiać w foteliku, a jestem bardzo, bardzo zmęczona i senna, więc wypraszam sobie takie pomysły i po prostu – koniec kropka, nie jadę dalej!”

I w tej jakże przyjemnej atmosferze pojechaliśmy. Gdy poziom decybeli sięgnął sufitu, nastał czas przerwy. Róż furiat ledwo wyciągnięty z samochodu odzyskał dobry humor i niemalże z uśmiechem (bo to jednak wciąż towar deficytowy) zastygł na rękach rodzicielki. Ani drgnie, co by go z powrotem nie wpakować w to znienawidzone ustrojstwo. Są jednak na tym świecie rzeczy nieuniknione, a jedną z nich jest konieczność powrotu do domu i to w foteliku. Podróż nasza wyglądała więc tak: jedziemy, decybele rosną, następuje moment kulminacyjny, samochód staje na poboczu, rodzicielka z Różą wychodzi z auta, na buzi Róży zastyga półuśmiech, który znika w momencie pakowania się z powrotem do samochodu. Ruszamy dalej i jedziemy, dopóki schemat się nie powtórzy. Czyli – uwaga – dziesięć minut.

Ciężko ocenić, kto był bardziej wykończony tą sytuacją – my czy Róża. W każdym razie na cepeenie w Jurkowie Róża, wyjęta z auta dla rozprostowania kości, usnęła w 4,5 sekundy. Po zachowaniu bezpiecznych dziesięciu minut udało się ją niezauważenie wpakować do fotelika, co więcej – dojechać do domu! Tacy z nas spryciarze!

Z nowości, to zaczynamy (nareszcie) zajęcia z wczesnego wspomagania rozwoju dziecka. Oczywiście, wbijamy się pod koniec roku szkolnego, więc na razie będzie to tylko neurologopeda i tyflopedagog (ile nowych słówek można przy tym poznać….). Tak w ogóle, to droga do rozpoczęcia tych zajęć byłą długa i kręta… Jeden papier, drugi papier, jedna komisja, druga komisja, kolejny papier, trzecia komisja, i w końcu papier ostateczny i możemy zaczynać. Być może coś poplątałam i komisji i papierów było mniej lub więcej, tak czy inaczej było to znacznie bardziej skomplikowane, niż się spodziewałam. Kolejna taka runda czeka mnie pewnie przed rozpoczęciem następnego roku szkolnego. 

PS.

No tak. Róża idzie do szkoły! 😀

Comments: 9

  • #1

    zaba(Wednesday, 20 May 2015 22:00)

    wyjde na ignorantke moze ale kto to jest tyflopedagog do jasnej ciasnej?

  • #2

    Dwa+Trzy(Wednesday, 20 May 2015 22:11)

    Super że po kontroli jest wszystko ok 🙂
    co do podróży Róży, to proszę ją przesłać do Trojaków na naukę podróżowania, bo one to uwielbiają. Zawsze to lubiły. A tobie Matko i Ojcze życzę abyście dorobił się i zakupili awionetke 🙂

  • #3

    Dwa+Trzy(Wednesday, 20 May 2015 22:12)

    ahaa i bardzo się ciesze że zaczynać zajęcia :))))

  • #4

    b.(Wednesday, 20 May 2015 22:13)

    Należy wspomnieć, że ten pół uśmiech, to po dziadku W.

  • #5

    Mama Roozinka(Wednesday, 20 May 2015 22:15)

    w wielkim skrócie – to rehabilitant wzroku 🙂

  • #6

    zaba(Wednesday, 20 May 2015 22:28)

    Dzięki 😉 powodzenia u Pana tyflopedagoga albo Pani tyflopedagożki haha 😉

  • #7

    Aga(Wednesday, 20 May 2015 22:49)

    przeczytalam wasz blog. Serce peka I sie cieszy zarazem. Moj wczesniak ma 5 lat, urodzil sie w 24tc z 550 gram. Czytalam I widzialam siebie I Leona. Sciskamy was serdecznie!

  • #8

    Ewelina(Friday, 22 May 2015 15:26)

    Czyżby USG u czarującej dr Milczarek? 🙂

  • #9

    kasia_bz(Friday, 22 May 2015 22:47)

  • Miód na uszy!!

Skomentuj mnie :)