Majówka w Krakowie, czyli od poradni do poradni


Jeśli wydaje się Wam, że wiecie, czym jest prawdziwe zmęczenie – jesteście w błędzie. Mało powiedziane. Mylicie się bowiem niewyobrażalnie mocno.

Prawdziwe zmęczenie to wcale nie bezsilne leżenie na sofie; to nie brak sił na wstanie i zrobienie kawy; to nawet nie niemożność poproszenia kogoś o tą kawę, która ma tchnąć w nas życie. O prawdziwym zmęczeniu możemy mówić wtedy, gdy – jedząc nadpyszniejszą, wyczekaną i upragnioną zupę – zasypiamy między jedną a drugą łyżką. Powiem więcej – między łyżeczką a połknięciem tego, co na niej…

Tak właśnie byliśmy zmęczeni (a przynajmniej jedno z nas) po maratonie poradniowym, jaki zaliczyliśmy w ubiegłym tygodniu. Taka nasza majówka w Krakowie. Róża zameldowała się w poradniach – leczenia żywieniowego, pediatrycznej, rehabilitacyjnej. Prócz tego odwiedziliśmy Specjalistyczny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych i Niedowidzących w Krakowie i poradnię okulistyczną w Gorlicach.

Podsumowując – Rózia waży już 4,7 kg, obwód główki 35 cm (co widać, bo nareszcie czapki nie lecą jej na oczka). Długości nikt jej nie mierzy, ale – ubranka nosi już 62, w porywach do 68, a niedługo przestanie mieścić się na przewijaku! Jest dłuuuga i chudziutka.

W poradni pediatrycznej byliśmy na szczepieniach (brrrrrrr). Róża idzie swoim trybem, ustalanym z neurologiem. Na razie była więc szczepiona przeciwko WZW i pneumokokom, dostała również już wszystkie dawki Synagisu (to specjalny lek dla wcześniaków, który zwiększa ich odporność). W czerwcu trzecia dawka szczepienia na pneumokoki i prawdopodobnie meningokoki. Reszta do ustalenia z neurologiem.

Poradnia rehabilitacyjna… Cóż, Róża się nie popisała. Za dużo czekania, głodna i niewyspana – nie dała się pani zbadać, więc dowiedzieliśmy się tylko, że trzeba się rehabilitować. Mamy rozważyć połączenie metod rehabilitacji – NDT Bobath (czyli to, co znamy i wedle czego Róża jest rehabilitowana) z Vojtą… Opinie w tej kwestii są różne. (Może ktoś z Was ma doświadczenia w tych sprawach i coś może powiedzieć?).

I „nasza” poradnia. Pełne zaskoczenie – nie nasze oczywiście, a lekarzy. Gdy weszli, Róża elegancko „siedziała” mamie na kolanach i rozglądała się wokół zdziwiona, a gdy tylko wszedł profesor – powitała go radosnym (tak zakładamy) „agyyyyyy”. Chyba się nie spodziewali 🙂 Duża, zaciekawiona – zebrała tyle pochwał, że aż sami byliśmy w szoku. No i uwaga – do zupy dodajemy żółtko, a po obiedzie…. deser, czyli jabłko! W żywieniu pozajelitowym póki co bez zmian.

Na Tynieckiej tyflopedagog (nowe, trudne słowo) sprawdzała widzenie  funkcjonalne u Róży. Machała jej przed oczami różnymi zabawkami, świecącymi, migającymi, błyszczącymi, kontrastowymi… Na początku konsternacja – zero reakcji ze strony Róży. Kompletne, wielki nic. Po dłuższej chwili Młoda się jednak rozkręciła i widać było, że zdrowsze prawe oko próbuje coś rejestrować. Najlepiej błyskotki – lusterko i szeleszczące folie. Zdarzyło się jej kilka razy na ułamek sekundy zatrzymać wzrok na sreberkach. Jupiiii 🙂  Mamy więc stertę zaleceń i kolejne ćwiczenia do wykonywania… Na szczęście Rózia jest coraz większa i część z nich (np. bawienie się błyszczącymi, szeleszczącymi zabawkami) robi już sama 😉

Nie dziwne więc, że po tak intensywnych dniach (a trzeba pamiętać, że dla równowagi Róża dostała również sporą dawkę rozrywki i towarzystwa) dziecko było wykończone niemiłosiernie. Do tego stopnia, że – po donośnym upominaniu się o jedzenie – była w stanie usnąć w trakcie posiłku… Dosłownie. Któreś z kolei „am”, Róż niemrawo otwiera buzię, łyżeczka z zupą ląduje tam, gdzie powinna, buzia się zamyka i… koniec. Zupne „paragony” drukowały się same jeszcze dłuższą chwilę, a dziecko jak usnęło – brudne (grrrr), w śliniaku, tak spało dobrych kilkadziesiąt minut.

Jak się jednak ostatnio okazało, to będzie chyba taka nasza nowa tradycja. Jedni (duzi) idą na drzemkę po obiedzie, innym do tejże drzemki wystarczy pretekst w postaci trzech łyżeczek zupki (w tym jednej nie do końca zjedzonej).

A oto „paragon” 🙂

Skomentuj mnie :)